Moja lista blogów

czwartek, grudnia 07, 2017

Sinterklaas en Zwarte Piet.

       W Polsce są problemy jakie są .Na świecie coraz to nowe wiadomości a w Holandii oprócz codziennej porcji wszystkiego co się dzieje  właśnie mija czas Sinterklaas i Czarnego Piotrusia.
       Przed główną imprezą były dyskusje. Czy Czarny Piotruś to przejaw rasizmu i w związku z tym  należy go zlikwidować, albo Czarnego Piotrusia przemalować(??). Odbyły się antyrasistowskie demonstracje przeciw Mikołajowi i Piotrusiowi . Spacyfikowane przez policję w związku z tym natychmiast nowa burza - czy policja słusznie interweniowała.
Parlament dyskutował , merowie miast zajmowali stanowiska .
Stanęło na tym, że impreza mikołajkowa odbędzie się jak zawsze bo to
1. holenderska tradycja
2. nie można odbierać dzieciom zabawy
3. Czarny Piotruś może być różnego koloru - jak się komu (organizatorowi ) podoba.

 W jednych miastach SInterklaas jak zwykle przybywał statkiem i schodził na ląd na białym koniu w towarzystwie  Zwarte Piet, w innych - przybywał jakimś autkiem białym w towarzystwie licznych  różnokolorowych Piotrusiów.

   Dzieciom absolutnie było wszystko jedno jakiego koloru jest Zwarte Piet - ważne ,że prezenty i łakocie dostarczał...:))

         W mojej znajomej szkole przybył Sinterklaas z trzema Piotrusiami - dwóch było czarnych ,jeden biały. Impreza była przednia przy czym  dzieciom absolutnie kolor skóry Piotrusiów nie zajmował umysłu - bardziej były zainteresowane  tym, co Mikołaj ma w paczkach...

     Tak sobie myślę, zupełnie prywatnie - komu zależy na fermencie .. Przecież dzieci pojęcia nie mają ,czy Zwarte Piet był niewolnikiem ,w ogóle pojęcie niewolnictwa jest im obce, rasizmu raczej też . To dorośli (wszelkiej maści - czarnoskórzy i biali) robią im sieczkę w głowach.. Ciekawe po co...

   Historia była jaka była ,  nic tego faktu nie zmieni.   Tego mogą się dzieci uczyć na historii. Zaburzać im imprezę ?  Dlaczego ? I po co - w imię sprawiedliwości dziejowej. ???
  Przecież na dobrą sprawę - jeśli nawet w przeszłości Czarny Piotruś był niewolnikiem , to na służbie u Sinterklaas miał się jak u Pana Boga za piecem...Mógł być szczęśliwy ,że trafił w takie ręce :))

   Swoją drogą - jaki kraj ,takie problemy :))

wtorek, listopada 28, 2017

Absolutnie nie Andrzejkowy nastrój

                             A wręcz depresja jesienna.
 Przegląd  komunikatorów.

 
Holenderski - dekoracja Trampowej w  Białym Domu , świąteczna rzecz jasna, Katastrofa kolejowa w Belgii, jakaś inna

 w Nowej Zelandii, wulkan, i Czarny Piotruś. Czy to rasistowska impreza dla dzieci czy nie , dyskusje, merowie miast zabierają głos ,różni za i przeciw - makabra.

W Niemczech wiadomo - montowanie koalicji i Merkel ..Do obrzydzenia.

No to otwieram Onet - a tam - sami wicie. Newsweek znęca się nad Macierewiczem,  Może się znęcać i co z tego ..Faszyści w Katowicach ( trudno - dla mnie to są faszyści żaden tam ONR, nacjonaliści zresztą co za różnca ,bardzo cienka jeśli chodzi o nacjonalistów i faszystów).

  Czyżbym była zdrajczynią Narodu?? Myślę sobie tak po cichu - bo UNIA  mi się podoba. Karta praw człowieka też.  Za to rydzykowski kościół mi się nie podoba.
 Nie mam żadnego wpływu na to co się dzieje na świecie ale jakoś coraz trudniej żyć - tak jakby wszystko w co człowiek wierzył ,mniej lub więcej brało w łeb.

   Maryja  w Sejmie - to już nie jest śmieszne ,to jest ponure..To jakieś Średniowiecze bo trudno nazwać to Oświeceniem.
Broszka pieprzy głupoty na temat nacjonalistów, pt , że trzeba wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności  -jednym słowem - wina Tuska..że taki akt zaistniał w Katowicach i pewnie w innych miastach mniej lub bardziej też...

 Jedna pocieszająca wiadomość dzisiejszego dnia - zapowiadają powszechne badania płuc. Jestem mocno zainteresowana...W Holandii oczywiście. bo przypuszczam ,że profilaktyczne badania w Polsce leżą i kwiczą...

    Najsympatyczniejszy tekst jaki dzisiaj czytałam to Piotra. U Knezia. Tyle ciepła i miłości..

NFZ i ZUS dalej robią mnie w konia i uprawiają psychoterapię. To nie ja winny to on.

      Chyba to jedzenie sztucznie modyfikowane zaszkodziło całym  narodom. Całym pokoleniom...

Udaję się na emigrację duchową . Mam w głębokim poważaniu Świat i jego problemy tudzież Pisowską rzeczywistość...



wtorek, listopada 21, 2017

Het gehaime dagboek van Hendrik Groen

         Co można przetłumaczyć na " Pamiętnik Henryka Zielonego" a żeby oddąć jeszcze  sens - w tajemnicy pisanego.
 W jeżyku polskim nie znam odpowiednika inaczej. Pamiętnik zwykle kojarzy się - pisany w tajemnicy ,tylko dla siebie. Nie trzeba dodawać gehaim - wszyscy wiedzą.

Ja jednak nie o zawiłościach językowych a o filmie o powyższym tytule.

  Jest to  serial , którego akcja (jeśli można mówić o akcji) dzieje się w domu opieki. Tytułowy Henryk , starszy pan ,który zamieszkał w domu opieki, żeby sobie  zając czas  zaczął pisać pamiętnik o wydarzeniach, nowych przyjaciołach z domu opieki, i tych co mieszkają w takim domu jak  ja - czyli 50+.
 O tragediach, o radościach, o przyjaźni i o późnej miłości. Przede wszystkim o przyjaźni.  O odchodzeniu.
   Bo przecież wiadomo, że  w takim domu nie mieszkają ludzie zdrowi i młodzi. Zdarza się odejście - częściej niż gdzie indziej.....
Ci co jeszcze żyją chcą żyć godnie i jakby to powiedzieć - pełnią  życia.  Niekoniecznie chcą mieć zajęcia zadane przez personel .
  Jakieś zabawy z piłeczką . Nudne - lepsza wyprawa do kasyna!! Zakończona sukcesem a jakże ,wygrana byla spora:)) Wyprawa była w tajemnicy przed bardzo zasadniczą panią dyrektor, kierowca busa przekupiony i sam mający niezłą zabawę ze staruszkami...
  Śmierć też byłą - i odczucia pana  Henryka ,gdy widział jak szybko i profesjonalnie zwłoki są wyprowadzane z domu...

 Przede wszystkim gra aktorów, - te krzywe spojrzenia, te mało znaczące gesty. W filmie ,oprócz profesjonalnych aktorów  biorą udział również prawdziwi pensjonariusze domów opieki..

   Każdy odcinek jest nowym odkryciem świata ludzi starych..
 O ich obawach ,strachach , o zmaganiach z niemocą  o rodzących się uczuciach i przyjaźniach...

   We wczorajszym odcinku było o przyjażni i o strachu.
To pewna starsza pani odkrywała przed Henrykiem swoje obawy o alzheimera, to Henryk był opoką i rozumiał przyjaciela, który bał się iść do szpitala i bał się opuścić swoje mieszkanie bo co będzie z psem, równie starym jak on???

  Było odkrycie ile radości może dać wózek elektryczny, gdzie można się poczuć jak  zdobywca  szos..

O rodzącym się uczuciu. O radościach ,które  można sobie dać nawzajem pomimo tej okropnej starości...
  Kocham ten film. Być może sama czuję na grzbiecie brzemię czasu  i szczerze - w przyszłości może chciałabym się znaleźć w pobliżu pana Henryka Zielonego.....

  Seria pewnie skończy się wraz z odejściem Henryka.. Bo przecież ten pamiętnik był znaleziony.. póki co czekam na każdą następną część .
  Dawno już nie oglądałam czegoś tak sympatycznego , pełnego zrozumienia tematu i tak ciepłego w swojej wymowie filmu..






niedziela, listopada 19, 2017

Czasem miewam jakieś sny....

   Ten nie wiem do jakich snów zaliczyć.   Czy do kategorii męczących ,czy do horrorów czy zwyczajnie do kategorii snów kolorowych. Bo śniłam w kolorze...
  A śniło mi się mianowicie, że w Roermond, w okolicach Outlet-u spotkałam Piotra Opolskiego tudzież - to chyba była Gimi,.  Dlaczego akurat Gimi - pojęcia nie mam ,bo dlaczego Piotr to wiem..

      Piotr na mój widok wykrzyknął - no fajnie bo właśnie postanowiłem zobaczyć na własne oczy atrakcje Roermond. Gimi nic nie powiedziała tylko spojrzała na mnie z góry.

Wpadłam w panikę. Jezu - ja na pewno zaraz zabłądzę, nie będę umiała znaleźć drogi tym bardziej ,że w tej uliczce zwykle się gubię. Będę musiała się pytać o drogę i zaraz wyjdzie ,że nie mówię dobrze w żadnym języku. Totalna kompromitacja. Oni chcą jeść w restauracji jakiejś ,która oferuje holenderskie żarcie - nie  stać mnie na to , Jezu co będzie, co będzie , czysta kompromitacja (te wszystkie myśli były z tyłu głowy) a jednocześnie szczerzyłam zęby i starałam się jak najbardziej dobrze spełniać rolę przewodniczki.

   Gimi okazała się mało zdyscyplinowana ,interesowały ją sklepy z ciuchami i inne atrakcje nie związane z historią miasta. Patrzyła  na mnie z góry jak na  okaz jakiejś małpiatki wbijając mnie  w jeszcze większe kompleksy .
   Z prawdziwą ulgą pozbyłam się jej na chwilę. Tzn - wytłumaczyłam ,że jak pójdzie prosto tą uliczką to dojdzie do jeszcze jednego kościoła, tuż koło mojego domu i tam się spotkamy ....

  Gdzie był w tym czasie Piotr nie wiem ale pod  wspomnianym kościołem się znalazł . Piotr zresztą w tym śnie był  z dystansem ale uprzejmy - nie  bałam się go tak jak Gimi.

 Koleżanki blogowej nie było pod kościołem.  Udaliśmy się na poszukiwania. Pan ,który na straganie pod kościołem świeże jarzyny sprzedawał ( w realu jest owszem targ w soboty ale w centrum) mówił ,że widział dziewczynę taką ,które szła w stronę tej restauracji. Poszliśmy w tym kierunku ( a ja w duchu kombinuje co im ugotuje na kolację , jak ich spać położę i gdzie sama się podzieje - dobrze ,że mam siostrę w zapasie -,myślę sobie) . Zobaczyliśmy Gimi jak wychodzi z bardzo drogiej restauracji

 Koleżanka , bardzo kulturalnie ale z wysokości swojej nieomylności poinformowała mnie ,że sobie niespecjalnie dobrze pojadła za to z nutą pretensji do mnie  - za 60 Eu.
 Ja w duchu - a kto ci kazał tam łazić - na zewnątrz jednak  uśmiech trzy na cztery i odparłam , trudno , przecież Holandia jest droga...

    Piotr się nic nie odzywał a ja znowu miałam dylemat - zajdziemy do domu , ja zacznę gotować a przecież Piotr świetnie gotuje - pewnie nastąpi nowa kompromitacja. A przecież ten wpis na jego blogu ,który zamieściłam na pewno będzie źle zrozumiany. Muszę się obudzić i natychmiast go usunąć...

 Obudziłam się bardzo zmęczona....


wtorek, listopada 07, 2017

Gruzińska legenda



 Tak wygląda pismo  gruzińskie. Piękne prawda?? Myslę o grafice.
Dowiedziałam się o piśmie wiele - , że jedno z najstarszych pism na świecie, że powstało przed  naszą erą, że każda literka odpowiada jednej w mowie.  I tam  takie różne. Wujek google wszystko  naukowo wyjaśni .
   Ja jednak usłyszałam pewną legendę na temat powstania tego pisma. Gruzini twierdzą ,że to święta prawda i niech im będzie.   Naukowcy zaś wiodą spory o to ,które pismo jest starsze - armeńskie czy gruzińskie...

   Ja zostawię naukowców w spokoju i przytoczę legendę, którą sami Gruzini mi opowiedzieli ,twierdząc  oczywiście ,że to  prawda historyczna.

   Twierdza oni ,że pismo wymyślili im  Ormianie . A było tak - okoliczne ludy już posługiwały się jakimś alfabetem a Gruzini nie. Rada najwyższa się zebrała i postanowili  oni udać się po radę do pewnego Mędrca - Ormianina, który był tak mądry ,że cały Kaukaz swą mądrością opromieniał i dalej jeszcze jego sława sięgała.
     Udali się więc do Armenii i po wielu trudach dotarli do  siedziby Mędrca a  że niecierpliwi byli ,to nie zważając na to ,że przerywają Mędrcowi  nabożny posiłek wyłuszczyli swój problem i przedstawili prośbę.

 Mędrzec był krewki dość i wściekł się strasznie , że nie dadzą mu spokojnie zjeść makaronu z sosem i warzywami .  I rzucił w nerwach  talerzem o ścianę. Kluski malowniczo rozlały się  po ścianie a Mędrzec rzekł:
- chcecie mieć alfabet? Tak? to ta kluska jest a ,ta b, ta c itd.

 I tak Gruzini dorobili się w końcu alfabetu , który składa  z 33 liter. Hmm.. . 33  makarony to ile by to było na talerzu??Zakładam , że to był makaron typu szpagheti :))



 

piątek, października 27, 2017

Wspomnienie bieszczadzkie

   Ultra swoim postem o  Bieszczadach  uruchomiła oczywiście wspomnienia.

          Po sezonie szparagowym, który obfitował w zawirowania z Gwiazda i itp. Leo i jego siostra postanowili mi zrobić przyjemność (he,he) i zafundować urlop w Polsce.
  Udaliśmy się dwoma karawanami najpierw odwieźć pracownicę jedną do jej pod rzeszowskiej wioski.  Dziewczyna była ( jest) bardzo sympatyczna i robota paliła jej się w rękach, poza tym mieszkała w okolicach bardzo pięknych .
  Najpierw zajechaliśmy do jej wioski.
Dla Holendrów widok krowy   nie jest dziwny ale dojenie jej ręczne na polu wzbudziło zdziwienie i chęć sprawdzenia  czy też tak potrafią. Biedna krowa - była wydojona do ostatniej kropli krwi. Właścicielka krowy ledwie ją uratowała od za dojenia na śmierć.
  Żurek na obiad z jajkiem nie wzbudził wielkiego och jakie dobre . Tylko ja byłam zadowolona niebotycznie . Oni zupy nie znali a Holendrzy raczej ostrożnie jedzą to , czego nie znają..
    Po drodze opowiadałam ile wiedziałam o historii Bieszczad i skomplikowanych  losach ludzkich tego regionu.
   Opowiadałam, o tym jak powstały połoniny i o walkach różnych , które przez te ziemie się przetaczały. O budowie sztucznego jeziora . O lasach i ich urodzie, o tym ,że to jest nasz "dziki zachód"..O tym ,że różni osobnicy tu mieszkali i mieszkają , o bimbrowniach w lesie itp ciekawostki. Jak Leo w rowie przydrożnym znalazł ludzką kość  - moje opowiadania zrobiły się bardziej prawdopodobne...
 Pojechaliśmy dalej  - niby nad Solinę ale jakąś bieszczadzką obwodnicą. Leo jako wszystkowiedzącynajlepiejiznawcapolskichdróg był tym co czyta mapy i kieruje wyprawą. Ja się oczywiście na niczym nie znałam i miałam służyć wyłącznie do odczytywania nieprzeczytawalnych i niewymawialnych przez Holendrów nazw. Co chwila tylko słyszałam ,że tego się nie da przeczytać już nie mówiąc o wypowiedzeniu. Szczerze - niektóre nazwy przydrożnych wiosek nawet dla mnie były dość trudne do wypowiedzenia :))
   No i zaczęło się . Safari.
  Leo spojrzał na mapę i stwierdził ,że najlepiej jak pojedziemy sobie tą wąską drogą ( pewnie była to obwodnica bieszczadzka) ale w tym kierunku i właśnie tą odnogą.  Co prawda były tam narysowane w trzech miejscach w poprzek jakieś kreseczki , wszystkowiedzący Leo nie zastanowił się nad nimi a ja konsekwentnie udawałam głupią. Chcieli mieć "dziki zachód" to niech mają.
  Wjechaliśmy w las i wyraźnie widziałam jak siostra Lea czuje się coraz bardziej nieswojo - po lewej ogromne drzewa , po prawej drzewa i końca nie widać.. I nagle przez całkiem przyjemną drogę strumyczek. Nastąpiło  badanie, czy się przejedzie tymi karawanami ,czy nie zniszczy się wypasionego auta szwagierki(eks) .Cała przeprawa jak w dzikiej dżungli....
 
   Przejechaliśmy. Szwagier Lea odebrał mu mapę i stwierdził, że przed nami są jeszcze trzy takie miejsca z przerywanymi liniami. Ani zawrócić,  bo się nie da wykręcić , ani żywego ducha co by się poradzić . Nie pozostało nic innego jak jechać dalej.

Ja miałam dziką uciechę. I byłam cała zadowolona z przygody i z przeprawy.
. Nasi panowie radzili sobie coraz lepiej przy każdej następnej "kreseczce"..

Przejechaliśmy te potoczki , a tu dalej las, las, las...Ni żywego ducha.  Z okien samochodów zwierzęcia jakiegoś tyż nie widać. 
 I nagle ni  stąd ni zowąd znak drogowy. Pamiętam ,że było to żółte, trójkątne z czerwona obwódką. To, że jakiś znak się pojawił  było oznaką ,że powoli wracamy do cywilizacji. Hmm... a jednak ta cywilizacja  była co nieco podszyta strachem , bo znak był cały podziurawiony kulami.... A potem szwagierka(eks) poczuła zapach dymu  a końca  drogi nie widać.  Okna szybko były zakręcone i panowie przyspieszyli , przekonani ,że to las się pali.  A to był dym z wypalania węgla drzewnego i przy drodze pokazali się dwaj panowie z sutymi brodami , osmaleni od sadzy ,uwędzeni i brudni niebotycznie. Na ich widok szwagier przyjął niebezpieczną szybkość , Leo za nim . Panowie przyjaźnie machali do nas rękami ale w duchu sama nie miałam nic przeciwko szybszego dotarcia do jakiegokolwiek siedliska.

 W końcu dojechaliśmy do kempingu nad Soliną. Nad jeziorem. Zamontowaliśmy się i już bez karawanów wybraliśmy się do Ustrzyk - ja im chciałam pokazać stadninę koników huculskich , która ich wcale nie zachwyciła. Opowiedziałam o tym ,że tam dalej to już Ukraina  o rzut beretem i może tak na Ukrainę??? Wstrząsnęli się wyraźnie.  Mieli chyba dość wrażeń w ich pojęciu niebezpiecznych. a na Ukrainie mogło być gorzej:))Polski dziki zachód jakoś im nie pasował. Za mało domów , za mało ludzi ,za duże drzewa . Jezioro owszem , natura piękna wszystko im się podobało oprócz ogórków małosolnych. Rybki wędzone i z rusztu i kolejka wąskotorowa i pstrągownie. Ogórki zdecydowanie nie... A jak pan w pstrągowni powiedział im ,że czasem tu przychodzi niedżwiedż częstować się pstrągiem to wyraźnie siedzieli jak na szpilkach ....Właściwie się nie dziwię bo kto by chciał niedźwiedzia spotkać jako współkonsumenta:))

   Z prawdziwą ulga udali się do Czech. Jadąc przez tereny  zagospodarowane, gdzie czuli się świetnie...

 A ja - chętnie  bym znowu powtórzyła tę  trasę.  Bo jakoś zawsze lepiej czuję się tam ,gdzie mniej ludzi , nad wodą ,w lesie...





poniedziałek, października 23, 2017

Piękna niedziela

          Wczoraj , czyli w niedzielę było " wietrznie", "padliwie" i zimnawo. Pomimo tych drobnych przeciwności wybrałyśmy się z siostrą do Maastricht , do kina. Kino się zwie Limaire i jak się zorientowałyśmy chyba takie bardziej artystyczne czy ambitne filmy wyświetla a mieści się w budynku po jakiejś fabryce .Budynek został wybudowany w 1910 roku co na filarze w kafeterii było skrzętnie odnotowane , pozostały tam jeszcze rury i zegary po jakiejś produkcji.
      Kino mieści się w dzielnicy Bassin nad  rzeką Maas.
Pomimo paskudnych kocich łbów (  uwielbiam kocie łby  - nie wiem jakie wygodne buty bym miała to chociaż raz noga mi się  "łybnie"), pomimo wiatru i fizycznych moich dolegliwości dotarłyśmy do kina - przed czasem otwarcia wszystkiego. Nawet kawiarnie były zamknięte. Nie pozostało nic innego tylko krążyć po najbliższej okolicy , podziwiać zabudowę i modlić się ,że nie załapiemy grypy...
   I w końcu  przyszedł czas na kino. Otwarte. Wzmocniłyśmy się kawusią ,obejrzałyśmy rury i zegary ,zdjęcia (chyba to był jakiś spichlerz) i ruszyłyśmy na ucztę duchową.
    Bo to  była uczta. Kto lubi impresjonistów, kto jest wrażliwy na obraz powinien ten film obejrzeć moim zdaniem. Dagmara kocha , ja się zaraziłam ( w końcu młodsza siostra i zawsze jej sekundowałam w jej poczynaniach i przy okazji wiele i o sztuce malarskiej od niej się dowiedziałam ) już nie mówiąc o tym ,że te same geny mamy - ja co prawda jestem inna ale bardzo często wrażliwość mamy bardzo podobną.
   Film jest do "wielokrotnego użytku "moim skromnym zdaniem.  Za jednym razem  człowiek nie ogarnia. Tzn  - tam jest wszystko piękne, malarsko ,technicznie wyjątkowe  plus do tego  grają w tym filmie oryginalne obrazy Van Gogha.
  To jest - moim zdaniem epokowy eksperyment. Jak można  przybliżyć każdego artystę  zwyczajnie animując niby.
   Fabuła tu jest moim zdaniem drugorzędna. Kontrowersyjna raczej ,chociaż może  też pokazująca jak na jedno wydarzenie można spojrzeć. różnie.  Konkretnie  chodzi o samobójstwo Van Gogha. Wszyscy mieli różne wątpliwości.
     Jedynym mankamentem tego filmu  jest - z mojego punktu widzenia - brak dabingu.  Zamiast podziwiać obrazy i kunszt artystów człowiek musi czytać tłumaczenie . Uwaga jest rozproszona. Dabing być może nie jest dobry zawsze ( ja jestem Nietoperek) ale w tym wypadku kto wie jaki miał głos Vincent, kto wie jakie głosy miały postacie występujące w filmie . Mnie tu żaden  dabing by nie przeszkadzał a umożliwił bardziej skupienie się na obrazach.
   Za to teraz mam żółto i niebiesko w głowie...
 Syte  wrażeń udałyśmy się do portowej knajpki na wyżerkę rybną.  I kieliszek wytrawnego wina..   I jakoś wredna pogoda nam nie przeszkadzała. Niektóre djęcia udało się w promykach słońca zrobić..
Nasze kino z zewnątrz Cinema Lumiere

Bassin Port
jakieś coś nad rzeką w tym porcie

tan w tle na dole liczne rybne knajpki, winiarnie itp  ekscesy

Maas

zakapturzona Renia na moście

 i ta barka ,która baardzo szybko płynęła

Maaała uliczką  w Maaaaaastricht

 To są zdjęcia, które udało się  Dagmarze zrobić... Ja się nie wysilałam  :)) ja duchowo przeżywam :))